Rozdział 15, czyli jak zyskać zaufanie

poniedziałek, 26.lipca.2010, 11:02
Okej, kolejny rozdział! Mam nadzieję, że Wam się spodoba. A do tego mam dla Was nastrojową muzyczkę.

Muzyka




  W celi nie dało się już wytrzymać, z rozkładającego się ciała Agnes wydobywał się coraz intensywniejszy smród. Kurczowo przyciskałam kawałek starej szmaty do nosa, ale nawet to nie pomagało. Minął już tydzień od ostatniej rozmowy z Bellatrix, a ja... cóż, myślałam już tylko o jednym. Ona chce, bym się do niej przyłączyła. Było mi już wszystko jedno, ale... Harry to mój przyjaciel, a ja mu w pewnym stopniu pomogłam w pozbyciu się Voldemorta! Czy ona tego nie dostrzega? I Agnes... Och, Agnes. Tak wiele straciłam, wolność, przyjaciółkę i rozum... Już nawet nie dostrzegam sensu w ucieczce. Jak? Bez różdżki, bez niczego? Ale z drugiej strony, co mam do stracenia? A gdyby tak... przyłączyć się do Bellatrix? Chociażby po to, by przekonać ją, że ta próba przejęcia świata nie ma sensu...? Nie chcę tu tkwić wiekami, w tej śmierdzącej, ciemnej celi! Próbowałam nie tracić zmysłów, co było strasznie trudne. Już chyba rozumiałam Bellatrix. Tyle lat w Azkabianie. Musiała ogłupieć! A teraz czeka, aż to samo stanie się ze mną. I chyba miała rację. Przybrała dobrą metodę, bo ja dłużej tu nie wytrzymam!
  Zaczęłam głośno walić w drzwi. Wiedziałam, że porywam się na coś głupiego - służenie u tej psychopatki, ale... co miałam zrobić? Chwilę później usłyszałam odgłos jej kroków i ten okropny, psychodeliczny śmiech... Odsunęłam się kawałek od otwierających drzwi, w których stanęła Bellatrix. Spojrzała na mnie triumfalnie.
  - Proszę, proszę... Widzę, że ktoś tu coś przemyślał - popatrzyła na celę z niesmakiem. - Do jadalni!
  Poszłam za nią posłusznie, do znanego mi już miejsca. Na krześle po prawej stronie siedział jakiś blondyn, nerwowo patrząc na Śmierciożerczynię. Kogoś mi przypominał, jakbym go już gdzieś widziała... Tylko kogo? To on złapał mnie pod bramą! Ale... nie tylko stąd go znałam... Jego rysy twarzy strasznie mi kogoś przypominały. Bellatrix kazała mu wyjść. Szybko wykonał rozkaz, znikając za masywnymi drzwiami. Usiadłyśmy do stołu.
  - Widzę, że zbrzydł ci ten 'ekskluzywny apartament w celi'. Nie dziwię ci się - dodała po chwili, zapalając papierosa i nie odrywając nie mnie wzroku.
  - Stać cię na coś lepszego, Bellatrix - wycedziłam - Jeśli jestem ci taka potrzebna, to mogłabyś się trochę postarać. Co ja niby będę mieć z przyłączenia się do ciebie, co?
  - Sławę, fortunę i oddanych ludzi! No i wygodne łóżko, jeśli chcesz - uśmiechnęła się - Pomyśl tylko... będziesz mogła robić to, co ci się tylko spodoba, nikt ci nie przeszkodzi! Tak jak ja, kiedy służyłam u Czarnego Pana... Miałam wszystko...
  - Tak, tak... Wszystko - zaśmiałam się ironicznie, po czym dodałam - I niby kim miałabym być w twoich szeregach, co? Nowym skrzatem domowym? - uśmiechnęła się jeszcze szerzej i przysunęła mi paczkę papierosów przed nos.
  - Bierz - zachęciła i po chwili zastanowienia wzięłam jednego. - Byłabyś moją prawą ręką... Mogłabyś robić to, co ja. Co ty na to? Czy nie pociąga cię władza?
  - Cóż, niezbyt. A to, że zabiłaś Agnes - zaciągnęłam się mocno i wypuściłam dym nosem - miałoby mnie do tego przekonać?
  Do jadalni wpadł rozwścieczony blondyn i padł na kolana przed Bellatrix.
  - Nie zgadzam się, pani moja! Nie, o pani! Ona nie może...
  - Zamilcz!!! - wrzasnęła, po czym rzekła przez zaciśnięte zęby - Nikt cię nie pytał, szujo jedna! - wypuściła dym prosto w jego twarz. - Za kogo ty się uważasz, Marshall? To ja tu rządzę, JA!!! Rozumiesz to?! Zjeżdżaj stąd i niech moje oczy cię nie widzą przez najbliższy czas, do kiedy nie wypełnisz zadania! A sądząc po twoich możliwościach, szybko to się nie stanie!
  Rzucił mi nienawistne spojrzenie i wyszedł, trzaskając drzwiami. Marshall, cholera... Już wiem, skąd go znam. On przecież jest z Ministerstwa Magii, kilka razy mijaliśmy się w korytarzu! A więc to tak... Bellatrix postępuje tak jak Lord Voldemort. Zbiera sojuszników w tak ważnym miejscu. Ciekawe ilu Ministrów z nim pracowało? Wolałam o tym nie myśleć.
  - Cholerny drań... Bezczelny, parszywy szczur! Jak on śmiał tak się zachować?!
  Wtedy coś we mnie pękło. Może to przez perspektywę powstrzymania Bellatrix, jaką bym miała, przyłączając się do niej, ale... Musiałam to zrobić. Nie, nie! Przecież to sprzeczne z moimi celami, wartościami... Jednak musiałam. Dzięki temu ochronię świat przed tą psychopatką.
  - Zgadzam się na twoje warunki, Bellatrix. Chcę... Chcę się do ciebie przyłączyć.
  - No proszę! - dumnie wypięła pierś i uśmiechnęła się - Wiedziałam, że twój rozum nie pozwoli przegapić takiej okazji. Będziesz kimś wielkim! Wytępimy z tego świata wszystkich, którzy niszczą szlachetne rody czarodziei!
  - Chcę mieć swój pokój - wtrąciłam po chwili - Jak mam być twoją 'prawą ręką', to coś mi się chyba należy, czyż nie?
  - Co ty sobie wyobrażasz? Nie jesteś jeszcze Śmierciożerczynią! Jutro o tym porozmawiamy, kiedy będziesz po ślubowaniu i wypaleniu Mrocznego Znaku. Cian!!! - krzyknęła ile sił w płucach i po chwili do jadalni wbiegł wilkołak, groźnie wykrzywiając swą ohydną mordę - Wyprowadź naszego gościa do celi. Na co się do cholery gapisz? Rób to co kazałam!
  Podszedł w moją stronę i złapał mnie tłustą łapą za ramię. I znów wróciłam do tego przeklętego, śmierdzącego pomieszczenia... Co ja zrobiłam! Zgodziłam się przejść na tą złą stronę mocy, ścieżkę usłaną czarną magią! Dopadły mnie wątpliwości... Będę torturować, zabijać niewinnych... Upadłam na kolana. Z drugiej strony nie mam już nic do stracenia. Agnes... Hogwart... Wolność... To wszystko było, minęło. Już tego nie ma, prysło jak bańka mydlana! Więc czemu nie ułożyć sobie życia inaczej, nawet jeśli oznacza to zmianę o sto osiemdziesiąt stopni...?
  " - Hermiono... Zawsze w ciebie wierzyłam, zawsze...
  Na szpitalnym łóżku leżała stara kobieta. Mimo jej złego stanu zdrowia, starała się zachować pogodę ducha. Aparatura szpitalna cicho pikała w równych odstępach czasu, a w powietrzu unosił się ohydny zapach leków i starych ludzi.
  - Babciu... Ja już naprawdę nie wiem co robić, to mnie przerasta - po policzku pociekła mi łza. Otarłam oczy chusteczką - Przecież mu wytłumaczyłam, przeprosiłam...
  - Kochanie, nie poddawaj się... Nigdy - złapała mnie za trzęsącą się rękę - Trzeba iść naprzód. Nie zmienisz już tego, co zrobiłaś... Nie możesz się zadręczać... Wnusiu, obiecasz mi coś?
  - Tak, babciu?
  - Obiecaj mi, że cokolwiek zrobisz, nie staraj się za wszelką cenę tego odwrócić... Nie popełnij tego błędu co... ja... Nigdy...
  Umarła minutę później. A te słowa były jej ostatnimi... Może dlatego tak bardzo wzięłam je sobie do serca. Nigdy nie dowiedziałam się, co było tym błędem, który popełniła. I już nigdy nie miałam się tego dowiedzieć...
"




  - Szlag by to trafi - zaklęła cicho, patrząc spode łba na siedzącego na kanapie blondyna. Bellatrix zapaliła kolejnego papierosa.
  Stała pod portretem Czarnego Pana w dużym, przestronnym pokoju w tonacji zieleni i srebra. Było to ich nowe miejsce spotkań i obrad, gdzie było bardziej przytulniej i wygodniej niż w jadalni. Była do biblioteka, do którego Skold, nowy Śmierciożerca, dziś rano załatwił wiele zakazanych książek. Hermiona zaproponowała to rozwiązanie, jako że było tu wiele przydatnych informacji na każdy temat.
  - Marshall, kto jak kto, ale ty naprawdę mnie wkurzasz!!! - usiadła na krześle - Cały czas czepiasz się Hermiony. Zazdrościsz jej? Czyżbyś nie popierał moich wyborów?
  - Ale...
  - Zamilcz! Żadnych 'ale', żadnych! Marshall, wiesz że cię cenię. Jesteś jak na razie najlepszym Nowym Śmierciożercą jakiego mam. Ale nie pozwolę, byś wtykał nos w nie swoje sprawy! A może chcesz coś wiedzieć, co? Zauważyłam, że Hermiona może być dużo lepsza od ciebie, bo czasami jesteś żałosny... Od czasu upadku Czarnego Pana zmieniło się moje podejście. Wszystko się zmieniło, rozumiesz?!
  - O pani, co masz na myśli? - spytał nieśmiało, ze strachem zerkając na zdenerwowaną Bellatrix, która zaciągała się papierosem.
  - Nie mam zamiaru ci tego mówić - syknęła - Nie jesteś na tyle wart, bym miała ci powiedzieć.
  - Ach tak...? Pani moja... O pani! Robię wszystko, by dobrze ci służyć...
  - Tak, a Pottera mi tu sprowadziłeś? No właśnie! Więc nie mów, że robisz wszystko...
  - Staram się... Czy nie mogę liczyć na choć odrobinę zaufania? - podszedł do wkurzonej Bellatrix i złapał ją za rękę - O pani... Jestem ci całkowicie oddany i zawsze będę, zawsze...
  - DOŚĆ!!! - uderzyła do w twarz - Jak śmiesz mnie dotykać?! Marshall, czy ci do reszty odbiło? Myślisz, że ci nie ufam?! A kogo niby wysyłam na najważniejszą misje? Kogo wysłałam, by złapał Pottera? No kogo, do cholery?! CIEBIE!
  - No tak... O pani... Pani moja! - padł na kolana - Wybacz mi moje bezczelne zachowanie! Pani moja, ja naprawdę nie chciałem, wybacz mi!
  - Wyjdź, Marshall i nie pokazuj mi się na oczy! Ja nigdy nie wybaczam! Przebaczenie jest dla ludzi słabych, dla zwykłych śmiertelników... Teraz masz szansę, bym ci zaufała! Sprowadź mi tu Pottera!!!
  Wyszedł, głośno trzaskając mahoniowymi drzwiami. Bellatrix usiadła na wygodnym fotelu, zapalając kolejnego papierosa i zaciągając się nim głęboko. Po chwili wyrzuciła go do popielniczki i szybkim krokiem wyszła na pusty korytarz. Była wściekła.
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii
tagi:

Rozdział 14, czyli propozycja

niedziela, 18.lipca.2010, 09:53
Po dwóch tygodniach nieobecności wreszcie dodaję rozdział 14.
Pozdrowienia dla Natalii ;* i reszty kolonii!


Muzyka





  - Gdzie one są? To przecież przechodzi ludzkie pojęcie... - burzył się Harry, bezmyślnie gapiąc się w okno.
  W pokoju unosiła się napięta atmosfera. Nikt się nie odzywał, a nawet najcichszy ruch był słyszalny dwa razy głośniej. O czwartej w nocy przyjechało państwo Weasley, mocno zaniepokojeni o losy Hermiony i jej koleżanki. Wszyscy tak bardzo się o nie niepokoiły, a tylko jedna osoba w tym domu wiedziała o 'wielkiej tajemnicy'. Molly Weasley, bo to ona była tą osobą, podejrzewała co mogło się wydarzyć. Patrzyła się w jakiś punkt na białej ścianie, zastanawiając się nad tym wszystkim. Poprzez pryzmat ostatnich wydarzeń wszystko w jej oczach zmieniło się, przybierając zupełnie inne wartości i znaczenie. Przez chwilę myślała nawet nad wydaniem sekretu Hermiony... Ale co jeśli dziewczyna tylko zabłądziła, a ona opowie jej wszystko? Nie, co jak co, ale nigdy nie wyda tak miłej dziewczyny. Była taka dobra i przyjaźniła się z jej synem...
  - Pójdę jej szukać - ogłosił Ron, zrywając się z białego fotela. Poszedł do holu i zaczął zawiązywać mocno zabłocone buty - Tym razem je znajdę, jeszcze wam pokażę!
  - Ronald! To jest takie niebezpieczne, synu! Pójdę z tobą...
  - Nie, mamo, pójdę sam. Poradzę sobie - zapewnił i wyszedł, cicho zamykając drzwi.
  Spojrzeli po sobie. Nikt się nie odzywał, tylko dzieci Ginny i Harryego cicho gaworzyły. Wybiła dziesiąta. Na niebie pojawiały się pierwsze gwiazdki, księżyc był bardziej widoczny. Molly zaczęła dziwnie się czuć, gdy tylko ona wiedziała, po co Hermiona tak na prawdę wychodziła. I być może wiedziała, kogo szuka i gdzie może być... Nie mogła usiedzieć w spokoju, więc poszła do kuchni. Artur siedział przy małym stole, z błogą miną przeżuwając kawałek kanapki. Żona skarciła go wzrokiem, po czym wróciła do salonu. Atmosfera nieco się ustabilizowała, Ginny zaczęła rozmowę:
  - Myślicie, że je znajdzie?
  - Miejmy nadzieję - odpowiedziała Ellen, smutno patrząc w okno.
  - Trzymajmy kciuki...
  - Może zrobię herbaty? - zaproponowała Molly i szybkim krokiem poszła w stronę kuchni. Jak najdalej nich, by się tylko nie wygadać...




  Minęły trzy długie dni... Martwe ciało Agnes zaczęło wydzielać nieprzyjemny zapach, więc zapewne zaczęło się rozkładać. Z różnych szczelin celi zaczęły złazić się obrzydliwe robaki, pełzając po ciele dziewczyny. Wciąż miałam wielkie wyrzuty sumienia... Przeze mnie. Przeze mnie jej ciało tu leży, zamiast żyć. Tak strasznie się tu czułam... Nie tylko z powodu smrodu, ale też samotność dawała mi się we znaki. Nawet ta przeklęta Bellatrix przestała przychodzić. Tylko czasem wstępował tu na chwilę jakiś rosły jakiś wilkołak, śliniąc się na mój widok, jakby miał się na mnie rzucić. Przyniósł mi jakąś obleśną papkę, na której zapach można było zwymiotować, nie mówiąc już o jej smaku. Ledwo co ją przełykałam, ale coś musiałam jeść. Dziś jeszcze nie przyszedł... A już tak bardzo burczało mi w brzuchu, że czekałam na jego kroki w korytarzu.
  Aż wreszcie je usłyszałam... Zaraz. Przybliżyłam się nieco bliżej drzwi. To nie on, on chodzi tak... inaczej. To pewnie... Bellatrix! Damskie obcasy szybko uderzały w kamienną posadzkę. Czyżby przyszła mnie zabić? Szybko odsunęłam się pod ścianę. Drzwi z cichym skrzypnięciem otworzyły się i stanęła w nich ona. W ręku trzymała dwie różdżki; moją i jej. Cholera... Co ona chce zrobić? Złapała mnie mocno za ramię i wyprowadziła z lochów. Teraz na pewno mnie zabije... Przeszłyśmy przez ogromny, nieco brudny hol i wreszcie odetchnęłam świeżym powietrzem. Światło... Napawałam się każdym promyczkiem, który przebijał się przez zakurzone okna. Może to już... ostatni raz? Wprowadziła mnie do jadalni z długim, drewnianym stołem. Byłyśmy same, jakby nie liczyć jakiegoś trupa leżącego w kącie. Był już całkiem zielony.
  - Siadaj - rozkazała i posłusznie usiadłam na krześle. Zajęła miejsce naprzeciw mnie, patrząc mi w oczy - Masz mi odpowiadać, rozumiesz? - pokiwałam głową - I co byś z tego miała, jakbyś mnie zabiła? Dało by ci to coś?
  - Nie wiesz co? Da mi to ogromną dumę i poczucie dobrze wykonanej roboty. Powstrzymałabym psychopatkę przed nędznym planem zniszczenia świata. Czy to nie wystarczy?
  - Taak... Kim ty jesteś, Granger? Zawsze w cieniu sławnego Potterka - prychnęła - Czy nigdy nie chciałaś odbić się od dna, być kimś wielkim, wspaniałym?
  - Do czego ty zmierzasz, Bellatrix? Myślałaś, że wyuczonym tekstem zdołasz mnie namówić na wyjawienie ci prawdy? - nabrałam do płuc powietrza - Udało ci się... A więc dobrze. Powiem ci wszystko... A wiesz dlaczego? Bo mi już nie zależy... Zabrałaś mi tak wiele, że pewnie niedługo mnie też zabijesz.
  Kobieta wstała i wolnym krokiem stanęła za mną. Nachyliła się tak blisko mnie, aż wyczułam jej zimny oddech na karku.
  - Oj, chyba ktoś tu mnie nie docenia... - szepnęła - Ja już wszystko wiem... Ta twoja blond-przyjaciółka mi to wszystko opowiedziała. No... Można powiedzieć, że bez swojej wiedzy. Słyszałaś kiedyś o... legilimencji? Wiem, że tak. Jesteś taka inteligentna, tak marny idiota jak ten Potter nie zasługuje na ciebie... Tacy jak ty są mi potrzebni, o tak... Bardzo potrzebni...
  - Tak, szlamy są ci naprawdę... bardzo potrzebni, Bellatrix. Chyba do zabijania.
  - Dość! Dość... Ja ci tu daję tą cholerną szansę, byś stanęła przy moim boku a ty co?! A ty jesteś bezczelna! Wiesz ilu by dało fortunę, by u mnie służyć?
  - Ja nikomu nie będę służyć, nigdy! - wstałam i stanęłam krok od niej. Patrząc tak w jej czarne jak bezdenne jezioro oczy zastanawiałam się nad jednym: jaki jest sens jej życia? Zabijanie? Tortury...?
  - Nawet nie wiesz co tracisz, Granger. Wiesz, myślę, że tydzień bez jedzenia w towarzystwie rozkładającego się trupa zmieni twój tok myślenia. Radzę ci przyzwyczaić się do tych jakże wspaniałych warunków! Ze mną miałabyś luksusy...
  - Tak, takie jak reszta twych sługusów.
  - Porównujesz się do nich? - zaśmiała się psychicznie, wyszczerzając zęby. Wróciła na swoje krzesło i zaczęła mi się przyglądać. Przez chwilę czułam się jak małpa w zoo - No, no... Ty naprawdę się nie doceniasz. Chyba nie jesteś na ich poziomie inteligencji, która sięga dna? Czyżbyś się do nich porównywała...? Jest coraz mniej czarodziei czystej krwi, a ci którzy zostali... cóż, nie zasługują na nic, boją się wkroczyć do mych szeregów tak samo jak za czasów panowania Czarnego Pana. Starzy Śmierciożercy, szuje jedne! Po klęsce mojego Pana zaczęli nowe, inne życie, nie chcąc wrócić do tego co było wcześniej. I dobrze, to pokazało tylko kto jest prawdziwym Śmierciożercą.
  - A dziwisz się im, Bellatrix? Oni się go tylko i wyłącznie bali, chroniąc swe rodziny przyłączali się do niego... Gdy on został pokonany to po co było im ciągnięcie tego w nieskończoność? Główne zło na tym świecie zostało obalone... Nie musieli bać się o rodziny, o życie. Tylko ty... Ty jedyna...
  - Bo oni to głupcy! Bali się... Strach to dziedzina śmiertelników i tchórzy! Ja zawsze byłam Mu posłuszna... Zawsze i na zawsze. A teraz - dodała z uśmiechem na ustach - wracasz do celi. No, ruszaj się. Radzę ci to wszystko przemyśleć... Tylko tak odzyskasz różdżkę i wolność... O ile ci na tym zależy.
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii
tagi:

Mój Profil

bara-himemapleloriplastic-errorbrak-nazwywievkijciwokola-sienne-histoirehimynameisadriannot-girl-not-womanamiraingerdamned-soulantithesisscarlettvainqueenofyoushalottrikkixnatakuxpalcem-po-myslachsyriusz-blackHollyanndarklight

Dodaj do ulubionych

Podlinkuj

brak kategorii (16)
wszystkie (16)